Poniższe opowiastki zasłyszałem podczas moich bytności na lotnisku oraz podczas okazyjnych rozmów z pilotami. Bynajmniej nie siadaliśmy w kółku przy kuflu zimnego piwa w celu wysłuchiwania tego co ma instruktor do opowiedzenia (znaczy się siadać to my siadamy nie tylko przy kuflu piwa ale w zupełnie innym celu, chóralne śpiewy pilotów są legendarne). Na takie opowiastki trzeba było uważać, starszyzna zaczynała je często w dziwnych momentach, tak więc aby nic nie uronić należało zawsze słuchać co inni mają do opowiedzenia. Pierwszą opowieść, jaką chciałbym przytoczyć, należało by zatytułować...
Było to kilka lat po wojnie. W czasach gdy szkolenie samolotowe odbywało się na zbudowanych z drewna i płótna dwupłatowcach produkowanych na licencji radzieckiej. Miało to to dwa miejsca, zapłon na korbkę i mechanika kręcącego śmigłem, ale latało. Nie tak dawno miałem przyjemność oglądać jak jeden z egzemplarzy tego samolotu został przygotowany do lotu. Jako, że był to oryginał w każdym kawałku to praktycznie przed każdym lotem musiał być oglądany przez inspektora GILC w celu przyznania choć godzinki resursu. Tak więc gdy latadło stało już na murawie, zjawiło się dwu zasłużonych panów w skórzanych kurtkach z futrzanymi kołnierzami, pilotkach i obowiązkowych w takich przypadkach goglach i zarządzili tankowanie do pełna. Mechanik wygrzebał z zakamarków magazynu beczkę lotniczej "wachy" starego typu, na jakiej pracował silnik staruszka. Nastąpił proces tankowania w którym niżej podpisany uczestniczył wspinając się po skrzydłach i lejąc benzynę wiaderkami do wlewu. Kiedy ptaszek został napojony i podciągnięty w miejsce startu, panowie w historycznych strojach zajęli miejsca w kabinie. Mechanik przyniósł specjalny uchwyt pomagający w kręceniu śmigłem, zaparł się pociągną, załoga z poświęceniem kręciła korbką aby uzyskać iskrę na świecach. Zadymiło, zakaszlało i silnik zagrał piękną melodią. No ale nie u tym miało być.
Jak już wspomniałem właśnie na takich maszynkach odbywało się szkolenie. Piloci aby nie być niezauważonymi na tle maszyn też musieli się czymś wyróżniać. O jednym z instruktorów krążyła opowieść jakoby posiadał specyficzną metodę nauczania. Mianowicie gdy wyżej wzmiankowany dochodził do wniosku, że szkolony delikwent umie już latać podczas lotu wykręcał drążek, machał nim uczniowi przed oczyma, krzyczał "Teraz Ty" i wyrzucał drążek za burtę. Od tej chwili wszystko było w rękach ucznia. Metoda okazywał się skuteczna, instruktor nigdy nie zawiódł się na żadnym uczniu, aż to pewnego dnia przyszła kryska na Matyska. Podczas rutynowego lotu z wyrzucaniem drążka uczeń zasugerował się słowami "Teraz ty" towarzyszącymi wyrzucaniu drążka, wykręcił swój drążek, zamachał instruktorowi przed oczyma poczym z największym spokojem wyrzucił go za burtę. Na szczęście dla instruktora był to jedynie żart ze strony ucznia, wyrzucił on zabrany specjalnie na tą okazję zapasowy drążek. Wylądowali szczęśliwie. Jak się to skończyło dla ucznia nie wiadomo, wiadomo natomiast, że instruktor od tamtej pory przestał wyróżniać się metodami szkolenia a zaczął piękną siwizną. Nigdy już nie wyrzucił drążka podczas lotu.
Na pokładzie szybowca znajduje się perfidny i znienawidzony przez początkujących pilotów przyrząd o fachowej nazwie chyłomierz poprzeczny a popularnie w gminie zwany kulką. Przeciętny uczestnik szkolenia podstawowego najchętniej zdemontował by wyżej wzmiankowany przyrząd bezlitośnie obnażający wszystkie błędy koordynacji w zakręcie. W tej samej obudowie znajduje się tak zwany pędzel, zwany też zakrętomierzem. Jak sama nazwa wskazuje przyrząd ten jest pomocny w określaniu prędkości kątowej szybowca. Po szkoleniu podstawowym każdy pilot jako tako zaprzyjaźnia się z kulką a zakrętomierz pomija jako mało przydatny, ale do czasu. Przychodzi moment kiedy trzeba latać na tak zwane "ślepaki". Siada się z instruktorem do takiego na przykład "Puchacza", kabinkę zasłania się specjalnym kawałkiem szmaty i lata na przyrządy. W szybowcach nie montuje się sztucznego horyzontu więc trzeba sobie radzić z tym co się ma. W wielkim przybliżeniu na podstawie prędkości określa się pochylenie a na podstawie kulki i zakrętomierza przechylenie. Podczas takich właśnie ślepaków zdarzyła się historyjka którą w jednym z aeroklubów opowiada się za każdym razem gdy ktoś leci na ślepaki. Na Puchaczu (zwanym też Ruchaczem) radio miało dziwny zwyczaj blokowania się w trybie nadawania, choć złośliwi twierdzą, że cała akcja była perfidnie zaplanowana. Stwierdzenie tego z całą pewnością nie jest możliwe bo sami zainteresowani nie chcą mówić. Otóż w czasie lotu z głośnika radia w kwadracie zabrzmiał następujący monolog: "Kur## kulka, kur## pędzel, kur## kulka, kur## pędzel [...] kur## kur##, kur## kur##" Na taką korespondencję z kwadratu padła odpowiedź: "Instruktorze XXXXX, krzyczy instruktor tak głośno, że słychać go aż w kwadracie". Poczym zapadła cisza. Oficjalna teoria głosi, że radio samo zablokowało się w pozycji nadawanie, inni podają, że złośliwy uczeń pilot w ramach rewanżu za zbesztanie perfidnie włączył nadawanie. No ale jak już jesteśmy przy Puchaczu to zdarzyły się z nim jeszcze dwie bardzo przyjemne historyjki. W pierwszym przypadku byłem świadkiem jak młoda dziewczyna o dość filigranowej budowie instalowała się w Puchaczu. Najpierw instruktorzy przesłuchali biedaczkę na okoliczność wagi ciała, a następnie zarządzili montowanie ciężarków. Ale to był początek. Próba usadzenia się w kabinie wykazała, że standardowe możliwości regulacji rozmiarów kabiny są niewystarczające. Za pilotką umieściliśmy jeszcze dwa spadochrony SP-6 (trzeci miała założony) oraz płótno startowe. Dopiero po tej operacji można było przystąpić do lotów. Innym razem na lotnisko przyszła jakaś osobistość i na koniec wylądowała na przednim siedzeniu Puchacza jako pasażer. Jako że nie było nic do roboty zgromadziliśmy się wokoło szybowca i przygotowywali go oraz gościa do lotu. Padły oczywiście pytania o znajdujące się w kabinie przyrządy. W końcu doszliśmy do trójpozycyjnego włącznika zakrętomierza. Działał on w ten sposób, że w pozycji centralnej zakrętomierz był wyłączony, w pozycji do góry zasilanie szło z baterii pierwszej, a w pozycji do dołu z drugiej. Kiedy więc padło krytyczne pytanie zrobiliśmy bardzo poważne i tajemnicze miny. Najpierw padło ostrzeżenie, że przełącznika nie wolno pod żadnym pozorem dotykać bez wyraźnego polecenia instruktora. Na kolejne natarczywe pytania wyjawiliśmy straszliwą "prawdę" na temat przełącznika. Otóż w naszej wersji przełączenie go w górę spowoduje wystrzelenie z pokładu szybowca instruktora siedzącego z tyłu, a w dół spowoduje wystrzelenie przedniego fotela. Pasażer o nic więcej już nie pytał i tylko ręce trzymał możliwe najdalej od przełącznika. Siedział w Puchaczu bojąc się poruszyć i spowodować zadziałanie niebezpiecznego przełącznika. Rozluźnił się dopiero gdy ktoś litościwe przed samym startem uświadomił go prawdziwej funkcji przełącznika.