Pogrążeni w świecie ultranowoczesnych technologii przestajemy czasem zauważać piękno otaczającego nas świata. Na szczęście są w życiu momenty, w których można się wznieść ponad informatykę, czasem nawet dosłownie. Dla mnie taką okazją był lotniczy V Dolnośląski Rajd Dziennikarzy i Pilotów, rozgrywający się w malowniczym otoczeniu Mirosławic u stóp świętej góry Ślęży.
Konkurencje Rajdu rozgrywane są zupełnie na poważnie, według regulaminu zawodów w lataniu precyzyjnym. Na liście pilotów nazwiska z polskiej (a zarazem i światowej) czołówki: Chrząszcz, Darocha, Kachaniak, Michalski, Wieczorek.
Konkurencja nawigacyjna składa się z próby obliczeniowej, w której pilot wylicza czas lotu i kursy według podanych punktów zwrotnych trasy, założonej prędkości i parametrów wiatru (korzysta się ze specjalnego suwaka - nie wolno używać „liczydeł” elektronicznych!) oraz przelotu po trasie według otrzymanych danych. Próbę obliczeniową rozpoczyna się dokładnie na godzinę i osiemnaście minut przed lotem - trzy minuty na rozłożenie przyborów, pół godziny obliczeń, pół godziny nanoszenia wyników wzorcowych podanych przez organizatora na mapę i kwadrans na przejście do samolotu i przygotowanie go do startu. Podczas obliczeń drugi członek załogi przegląda otrzymane zdjęcia terenu, starając się zapamiętać uwidocznione na nich znajdujące się na trasie obiekty charakterystyczne (jest ich około dziesięciu na ponadstukilometrowej trasie).
![]() | ![]() |
Ostatnią, za to najciekawszą dla widzów konkurencją są lądowania na celność - samolot powinien dotknąć kołami jak najbliżej zaznaczonej linii.


Gdy rozpoczęliśmy esowanie, zaniepokoiłem się, czy aby nie dostanę hm, choroby morskiej. Nie jestem specjalnie wrażliwy, ale taką huśtawkę zaliczałem pierwszy raz w życiu. Jednak na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne i wkrótce o nich zapomniałem - byłem zbyt zajęty, by się przejmować drobiazgami! Starając się dojrzeć zapamiętane ze zdjęć obiekty kręciłem głową w takt zakrętów to w prawo, to w lewo, przyklejając czoło do szyby lub wyciągając szyję ponad ramieniem Piotra.
Moja gimnastyka była jednak niczym w porównaniu z pracą, którą wykonywał Piotr. Spojrzenie na złożoną w dziwny wielkokąt mapę, rzut oka na zegarek i na ziemię pod przechylonym w zakręcie skrzydłem - gdzie są znaki?! Dobrze, jesteśmy na trasie. Czy nie lecimy zbyt szybko? Lewa ręka do manetki gazu, potem na drążek, prawa ręka kręci trymerem steru wysokości. Jest znak! Dobry czas! Lecimy dalej, esowanie, obserwacja ziemi, zegarek - mapa - przyrządy - bo trzeba pilnować prędkości i wysokości, parametrów pracy silnika... i tak przez ponad godzinę. Ufff!
Koniec trasy, nie było źle! Lądujemy, kołowanie na „stojankę”, teraz szybko nanieść co trzeba na mapę - jest na to 10 minut - i meldujemy o wynikach. Aż tak dobrze? No, no...

Następnego dnia trzeba było niestety wstać wcześnie, aby zdążyć na drugą turę konkurencji nawigacyjnej. Tym razem mieliśmy mniej szczęścia, dała też o sobie znać druga z wad Kolibra - trochę zbyt słaby silnik. Nasz samolocik wznosił się w powietrze mozolnie i powoli. Załogi Wilg znajdowały się nad punktem lotnego startu na przyzwoitej wysokości, widząc teren jak na dłoni. My, będąc niżej i mając gorszą widoczność z kabiny, przegapiliśmy wyjściowy punkt trasy, tracąc sporo czasu i „zarabiając” potężną liczbę punktów karnych. Potem jednak Piotr pokazał co potrafi - znalazł trasę i od tej pory lecieliśmy już niemal idealnie. Niestety, pomyłka kosztowała nas spadek na czwarte miejsce od końca.

Zawody wygrał Janusz Darocha, nota bene mistrz świata w lataniu precyzyjnym (do Polaków należy też mistrzostwo drużynowe). Niezależnie jednak od zdobytego miejsca, każdy z uczestników Rajdu mile będzie wspominał czas spędzony wśród lotniczej braci, w rodzinnej atmosferze stworzonej przez gospodarzy z Aeroklubu Dolnośląskiego w Mirosławicach. Następny Rajd już za niecały rok!
O lataniu precyzyjnym możesz także przeczytać w Internecie na stronach Skrzydlatej Polski (III Rajd i IV Rajd) oraz na stronie "Szafy".