Poniższy tekst jest nieco rozszerzoną wersją mojego artykuliku z PCkuriera, przeznaczonego raczej dla „nielotów” - wybaczcie więc pewne uproszczenia.

PCkurier nad Ślężą

Michał Setlak

Pogrążeni w świecie ultranowoczesnych technologii przestajemy czasem zauważać piękno otaczającego nas świata. Na szczęście są w życiu momenty, w których można się wznieść ponad informatykę, czasem nawet dosłownie. Dla mnie taką okazją był lotniczy V Dolnośląski Rajd Dziennikarzy i Pilotów, rozgrywający się w malowniczym otoczeniu Mirosławic u stóp świętej góry Ślęży.

Konkurencje Rajdu rozgrywane są zupełnie na poważnie, według regulaminu zawodów w lataniu precyzyjnym. Na liście pilotów nazwiska z polskiej (a zarazem i światowej) czołówki: Chrząszcz, Darocha, Kachaniak, Michalski, Wieczorek.

Konkurencja nawigacyjna składa się z próby obliczeniowej, w której pilot wylicza czas lotu i kursy według podanych punktów zwrotnych trasy, założonej prędkości i parametrów wiatru (korzysta się ze specjalnego suwaka - nie wolno używać „liczydeł” elektronicznych!) oraz przelotu po trasie według otrzymanych danych. Próbę obliczeniową rozpoczyna się dokładnie na godzinę i osiemnaście minut przed lotem - trzy minuty na rozłożenie przyborów, pół godziny obliczeń, pół godziny nanoszenia wyników wzorcowych podanych przez organizatora na mapę i kwadrans na przejście do samolotu i przygotowanie go do startu. Podczas obliczeń drugi członek załogi przegląda otrzymane zdjęcia terenu, starając się zapamiętać uwidocznione na nich znajdujące się na trasie obiekty charakterystyczne (jest ich około dziesięciu na ponadstukilometrowej trasie).

 Obiekt charakterystyczny...   ...i obiekt trochę mniej charakterystyczny ;-)
W czasie przelotu ważna jest obecność na punktach kontrolnych w zadanym czasie - już za dwusekundowe odchylenie przyznawane są punkty karne. Lecąc trzeba też uważnie obserować teren, odnotowując oznaczenia literowe wyłożone na punktach zwrotnych, odnajdując wyłożone na ziemi znaki (figury geometryczne) i obiekty ze zdjęć. Nie jest to łatwe - znaki często są sprytnie ukryte np. przy granicy lasu, a obiekty nie zawsze do końca charakterystyczne (drzewo, skrzyżowanie dróg, zabudowania).

Ostatnią, za to najciekawszą dla widzów konkurencją są lądowania na celność - samolot powinien dotknąć kołami jak najbliżej zaznaczonej linii.

 Załoga

Pilotem załogi PCkuriera był Piotr Gaudy z Aeroklubu Częstochowskiego, ja zajmowałem fotel nawigatora (czyli ten po prawej stronie kabiny). Lecieliśmy samolotem PZL-110 Koliber, sympatycznym, ale nienajlepszym do tej konkurencji - złoto zdobywa się na Wilgach. Wilga jest górnopłatem - skrzydła umocowane są „na dachu” kabiny, zaś boki kadłuba to właściciwe ogromne, pleksiglasowe okna. Widoczność na boki i w dół jest wspaniała! Koliber za to jest dolnopłatem i praktycznie cały widok w dół zasłaniają skrzydła. Ograniczona widoczność z kabiny wymuszała esowanie - nie kończące się zakręty w lewo i w prawo z przechyleniem rzędu 45 stopni podczas ponadgodzinnego lotu! Mimo to po pierwszym przelocie znaleźliśmy się w środku stawki, na 14. miejscu. Pierwsze 12 miejsc było „nie do ugryzienia” - wiadomo, zawodowcy.

 Lotnisko w Mirosławicach z lotu ptaka

Lot na wysokości 300 metrów nad szachownicą pól, zaoranych, zieleniących się lub świecących żółcią kwiatów, jest niezapomnianym przeżyciem. Pogoda dopisała - nad nami intensywnie błękitna czasza nieba bez śladu najmniejszej chmurki, wiosenne słońce złoci świat - życie jest piękne!

Gdy rozpoczęliśmy esowanie, zaniepokoiłem się, czy aby nie dostanę hm, choroby morskiej. Nie jestem specjalnie wrażliwy, ale taką huśtawkę zaliczałem pierwszy raz w życiu. Jednak na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne i wkrótce o nich zapomniałem - byłem zbyt zajęty, by się przejmować drobiazgami! Starając się dojrzeć zapamiętane ze zdjęć obiekty kręciłem głową w takt zakrętów to w prawo, to w lewo, przyklejając czoło do szyby lub wyciągając szyję ponad ramieniem Piotra.

Moja gimnastyka była jednak niczym w porównaniu z pracą, którą wykonywał Piotr. Spojrzenie na złożoną w dziwny wielkokąt mapę, rzut oka na zegarek i na ziemię pod przechylonym w zakręcie skrzydłem - gdzie są znaki?! Dobrze, jesteśmy na trasie. Czy nie lecimy zbyt szybko? Lewa ręka do manetki gazu, potem na drążek, prawa ręka kręci trymerem steru wysokości. Jest znak! Dobry czas! Lecimy dalej, esowanie, obserwacja ziemi, zegarek - mapa - przyrządy - bo trzeba pilnować prędkości i wysokości, parametrów pracy silnika... i tak przez ponad godzinę. Ufff!

Koniec trasy, nie było źle! Lądujemy, kołowanie na „stojankę”, teraz szybko nanieść co trzeba na mapę - jest na to 10 minut - i meldujemy o wynikach. Aż tak dobrze? No, no...

 Po lotach...

Zadowoleni wędrujemy pod parasole, gdzie przy kubkach złocistego płynu inne załogi dzielą się wrażeniami z lotu. Wokół trwa piknik lotniczy, na który zjechało sporo gawiedzi z pobliskiego Wrocławia i fani lotnictwa z dalszych zakątków kraju. Dziś już nie latamy, popołudnie i wieczór spędzamy radując się dobrą lokatą i przyjemnym chłodem musującego napoju.

Następnego dnia trzeba było niestety wstać wcześnie, aby zdążyć na drugą turę konkurencji nawigacyjnej. Tym razem mieliśmy mniej szczęścia, dała też o sobie znać druga z wad Kolibra - trochę zbyt słaby silnik. Nasz samolocik wznosił się w powietrze mozolnie i powoli. Załogi Wilg znajdowały się nad punktem lotnego startu na przyzwoitej wysokości, widząc teren jak na dłoni. My, będąc niżej i mając gorszą widoczność z kabiny, przegapiliśmy wyjściowy punkt trasy, tracąc sporo czasu i „zarabiając” potężną liczbę punktów karnych. Potem jednak Piotr pokazał co potrafi - znalazł trasę i od tej pory lecieliśmy już niemal idealnie. Niestety, pomyłka kosztowała nas spadek na czwarte miejsce od końca.

 Lądowanie

Lepiej za to wiodło nam się w konkurencji lądowań, rozegranej trzeciego dnia. Zabawa polega na tym, aby dotknąć kołami ziemi jak najbliżej oznaczonej linii - lądowanie za nią pociągą za sobą karę uzależnioną od odległości, lądowanie przed linią karane jest jeszcze surowiej. Oczywiście wylądować trzeba „ładnie”, bez tak zwanego „kangura”.

Zawody wygrał Janusz Darocha, nota bene mistrz świata w lataniu precyzyjnym (do Polaków należy też mistrzostwo drużynowe). Niezależnie jednak od zdobytego miejsca, każdy z uczestników Rajdu mile będzie wspominał czas spędzony wśród lotniczej braci, w rodzinnej atmosferze stworzonej przez gospodarzy z Aeroklubu Dolnośląskiego w Mirosławicach. Następny Rajd już za niecały rok!

O lataniu precyzyjnym możesz także przeczytać w Internecie na stronach Skrzydlatej Polski (III Rajd i IV Rajd) oraz na stronie "Szafy".

Tabela wyników

Powrót